To było kilka lat temu, miałam wówczas niespełna 14 lat. Nie słuchałam jeszcze jasno sprecyzowanej muzyki, w pewnych sytuacjach posłuchałam tego co słucha siostra, to co w radiu “na czasie”. Natomiast nie miałam wyrobionego stylu. W niedzielę podczas słonecznych wakacji wybrałyśmy się na spacer do pobliskiego parku. Poznałyśmy na nim wysokiego, przystojnego chłopaka, z którym prędko się zaprzyjaźniłyśmy. Zaprosił nas do siebie na herbatę i ciastko. W pokoju miał stary, ale jakże piękny adapter. Półki uginały się od nylonowych płyt z nagraniami kultowych zespołów tworzących historię rockowej muzyki. Na ścianach wisiały plakaty różnorakich zespołów między innymi: “Led Zeppelin”, “Metallica” czy “Black Sabbath”. Zapytał mnie czy ma możliwość mi puścić piosenkę. Skinęłam głową, z całą pewnością z chęcią posłucham. Po kilku minutach wygrzebał z półki zakurzoną płytę grupy Pink Floyd, nic mi na nazwa wówczas nie mówiła, niemniej jednak z zaciekawieniem czekałam na pierwsze nuty. “Wish you where Here” to utwór, który do na dzień obecny pamiętam i który sprawił, że zaczęłam interesować się tego typu muzyką. Znajomość z kolegą już dawno się skończyła, każdy poszedł w własną stronę. Natomiast Pink Floyd nadal płynie z głośników w moim pokoju i umila mi chwile w życiu.